PRZEGLĄDANA PRZEZ CIEBIE STRONA STANOWI ARCHIWUM SERWISU Z LAT 2010-2015

ZAPRASZAMY NA NOWĄ WERSJĘ LIMITERA

(WWW.LIMITER.COM.PL)

Jeżeli jesteś wydawcą bądź grasz w zespole i chcesz by recenzja Twojej płyty ukazała się w tym miejscu - napisz na adres pawel.ozon (at) limiter.com.pl

OD DNIA 30.10.2012 płyty oceniane są w skali 1-10!

alt

Na początek załatwię kwestię AC/DC. W większości recenzji i wywiadów z grupą Airbourne pojawia się nazwa ich starszych idoli. I już pal licho, że jedni i drudzy pochodzą z Australii, że nazwy tych grup zaczynają się na literkę A, że w jednym zespole bracia Young, a w drugim bracia O'Keeffe... Tu rozchodzi się przede wszystkim o muzykę. Twórczość Airbourne na kilometr śmierdzi/pachnie stylem AC/DC. I nowy album jest tego doskonałym przykładem, a muzycy w wywiadach bez skrępowania od lat podkreślają, że słuchają AC/DC od zawsze i od zawsze chcieli robić to, co oni.

Więcej…

alt


Jakiś czas temu dostaliśmy sporą paczkę wydawnictw posyjskiej wytwórni Satanath Records. W natłoku nowych krążków i przy naszym niezbyt szybkim tempie recenzowania płyt zdecydowałem się na trochę nietypowe rozwiązanie. W trzech tekstach umieszczę nieco krótsze wywody na temat pozycji z wcześniej wspomnianej stajni, zwłaszcza że niewiele z nich jest wartych uwagi... Jedziemy zatem z pierwszą dziesiątką...

Więcej…

Dziennik pokładowy. Dzień 02.11.2016. Pierwsze zetknięcie z muzyką Planet Hell. Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać kiedy wkładałem płytę do odtwarzacza. Trochę obawiałem się tej całej kosmicznej otoczki rodem z filmów Sci-Fi. Z jednej strony jak byk napisane, że zespół gra techniczny death metal, z drugiej jednak dopisek "progresywny" i kosmiczne syntezatory, laserki i sztuczny syf z tyłu głowy. Minął pierwszy kawałek, a ja odetchnąłem z ulgą. Ale od początku. Planet Hell to zespół, za którego sterami stoi Przemysław Latacz, którego kojarzyć możecie głównie z The No-Mads. Postanowił on stworzyć zespół, w którym będzie w stanie połączyć swoje największe inspiracje jak np. Immolation, Voivod, Rush czy Porcupine Tree. Zaniepokoiły was te dwie ostatnie nazwy? Spokojnie, to zdecydowanie płyta death metalowa, pozbawiona jakichkolwiek elektronicznych dodatków. I nawet cover Rush został idealnie wkomponowany w autorskie kawałki katowickiej załogi. Progresywnosć tego materiału nie męczy. Nie jesteśmy zasypywani setkami riffów, milionem solówek, z których nic nie zostaje w głowie czy też przesadnymi połamańcami i matematycznymi rozwiązaniami. Jasne, panowie zdecydowanie wiedzą jak obsługiwać instrumenty, ale usilnego popisywania się swoim warsztatem tutaj nie uświadczymy. Podobnie jak i nudy, bo materiał mimo braku jakiś większych zaskoczeń po prostu świetnie sprawdza się jako całość. Dopełniają to wszystko teksty, które stanowią z kolei interpretacje twórczości Stanisława Lema. Na plus trzeba zaliczyć także wydanie tego materiału. Raczej sceptycznie podchodzę digipaków, digibooków i innych tego typu wynalazków, ale trzeba przyznać, że format digibooka A5, w połączeniu z wkładką stylizowaną na wspomniany we wstępie dziennik ma swój urok i świetnie pasuje do konceptu płyty. Do tego liryki zostały uzupełnione ilustracjami Daniela Mroza co dało wspaniały efekt. Planet Hell nie owija w bawełnę. Jasno i konkretnie prezentuje swoją wizję chłodnego technicznego metalu śmierci, na każdym kroku podkreślając co było inspiracją do powstania "Mission One". To materiał przemyślany od początku do końca, jednak udało się przy tym wszystkim nie zatracić luzu i uniknąć zbytniej oczywistości. Zwolennicy technicznego grania powinni sięgnąć po ten album bez zastanowienia.

altExtinkt debiutuje po paru ładnych latach od początku swojej działalności. Nic wam ta nazwa nie mówi? A o Terrordome, Psychopath albo Cemetery Whore słyszeliście? Panowie między innymi w tych kapelach się udzielają i jeśli podobały wam się ich dokonania, istnieje spora szansa, że ten Krakowsko-Rzeszowski twór przypadnie wam do gustu. Nie porównałbym tej kapeli z ekipą Stalowego Piotra - Carnivore jak to sugeruje wydawca, choć niektóre elementy oczywiście pod tę nazwę podkleić można. Nie jest to jednak aż tak jasna inspiracja, ani tym bardziej kalka. Jak dla mnie "Postnuclear Trip to Nowhere" to jazda nieco dziksza, oparta na szybkich obrotach, choć trzeba przyznać, że cover "Sex and Violence" wyszedł niczego sobie. Jeśli miałbym operować nazwami macierzystych kapel muzyków udzielających się w Extinkt to powiedziałbym, że dostajemy tutaj crossoverowe podejście wzięte z Terrordome z agresją wszczepioną od Psychopath. To szybkie, wkurwione granie gdzie momentami usłyszeć można punkowe czy nawet hardcore'owe naleciałości. Panowie nie mają litości - wylewane są na nas toksyczne deszcze, a apokalipsa wisi w powietrzu. Ciekawie wypada połączenie dwóch wokali, które w tym przypadku potęguje tę, bez wątpienia obecną na tym krążku, agresję. Całość zamyka się w dwudziestu pięciu minutach i słucha się tego na prawdę dobrze. Oczywiście nie spodziewajcie się tutaj fajerwerków i nowatorskiego podejścia, nie o to na tym albumie chodzi. Chcecie solidną, skondensowaną porcję crossover'a? Bierzcie śmiało, dzięki "Postnuclear Trip to Nowhere" powinniście zaspokoić to pragnienie bez problemu.

Uczciwie będzie wspomnieć na początku mojego wywodu, że z Banisherem nigdy nie było mi po drodze. Nie siedziały mi ich wcześniejsze wydawnictwa, koncertowo również mnie to wszystko nie porywało. Nie chodziło o to, że coś było zagrane źle, że kawałki się nie kleiły, po prostu mocno techniczny death metal nigdy nie leżał w kręgu moich zainteresowań. Niejako z przymusu odpaliłem więc "Oniric Delusions" i nieco się zaskoczyłem. To zdecydowanie najbardziej przystępny dla mnie album Banisher. Nadal gubię się czasami w gąszczu riffów, zastanawiam się po jaką cholerę te wszystkie połamańce i miliony dźwięków na sekundę, ale mimo to daję radę tego słuchać bez grymasu na ryju. Ba, potrafię nawet wymienić kawałki, które zdecydowanie zrobiły mi najlepiej na tym krążku, i które chętnie odpaliłem sobie po raz kolejny i kolejny ("Human Factor" i "The Fatal Parable of a Certain Mercenary" jakby ktoś pytał). Cieszy mnie bardzo, że panowie zdają sobie sprawę, że takie granie na dłuższą metę może po prostu wymęczyć i serwują nam odpowiednie wg. mnie dwa kwadranse technicznego łupania. Ani za dużo, ani za mało. Na plus zaliczyć też należy zmianę wokalisty. Szczepan Inglot, którego kojarzyć możecie między innymi z Shodan, idealnie wpasowuje się w nieco odświeżone oblicze zespołu. "Oniric Delusion" to nadal nie "death metal o jaki walczyłem", ale i tak bardzo przyjemnie się rozczarowałem. I choć dalej mam wrażenie, że więcej bym z tego albumu wyciął niż zostawił, to w porównaniu z poprzednimi płytami Banishera ta jawi się według mnie jako najlepsza i najbardziej dopracowana. Do tego stopnia, że ciekaw jestem co przyniesie kolejny album.

alt

W niebezpiecznych czasach istnieje zapotrzebowanie na niebezpieczne piosenki. Między innymi takie słowa można odnaleźć na oficjalnej stronie internetowej zespołu. Co do tego, że czasy są niebezpieczne, nie mam żadnych wątpliwości, ale czy Prophets Of Rage proponują nam niebezpieczne piosenki? Albo inaczej: czy są w stanie nagrać dużą płytę, wypełnioną premierowymi piosenkami, które sprawią, że im po prostu uwierzymy? Nie potrafię do końca odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego? Powód jest prosty: „The Party's Over" to dwudziestominutowa EP, która zawiera tylko pięć piosenek (dwie studyjne, za których produkcję odpowiada Brendan O'Brein, i trzy koncertowe), w dodatku część z nich jest nam raczej znana.

Więcej…

altDeformeathing Production znów w natarciu. Tym razem Wojtek postanowił zadbać o to, bym nie zapomniał czym jest grind i podesłał mi najnowsze wydawnictwo F.A.M. "Human Cargo" to drugi długograj tego wrocławskiego zespołu, na który maniakom brutalnych potańcówek przyszło czekać dziewięć lat. Nie przypominam sobie bym wyczekiwał z utęsknieniem na jakąś płytę grindową, ale czasem miło zaskakiwałem się już po premierze niektórych materiałów z tego gatunku. W tym przypadku nie ma jednak mowy o mega pozytywnym szoku. Na pierwszy rzut ucha wszystko się na tym albumie zgadza, problem jednak w tym, że niewiele po tych kilku odsłuchach zostaje w głowie. Żeby była jasność - to na prawdę sprawnie zagrane, trzymające dobry, równy poziom i podejrzewam, ze idealnie sprawdzające się na koncertach kawałki. Jak dla mnie, osoby w grindzie mocno nie siedzącej, jest to jednak trochę za mało. Mamy tu zaprezentowany oczywiście cały wachlarz gatunkowych sztamp - wokale przywodzące na myśl świniobicie, głębokie growle, przebojowe i skoczne riffy, a momentami intensywny, szybki napierdol. Dodatkowo musi być oczywiście dawka humoru - czy to w postaci tytułów kawałków, czy na przykład sampli z filmów jako otwieracz danego utworu. I wszystko się klei, dobrze ze sobą gra, a jednak czegoś brak. Może po prostu miałem za wysokie oczekiwania po krążących tu i ówdzie pozytywnych opiniach na temat tego krążka? Płyta niczym mnie nie zaskoczyła, nie zaskoczy tym bardziej starych wyjadaczy siedzących w tej muzyce po uszy. Nie taki był jednak chyba jej cel. To po prostu dobrze skrojony brutalny grind z naleciałościami death metalu, z którym jednak za mocno F.A.M. bym nie utożsamiał. Na koniec mamy jeszcze dość niespodziewany cover My Dying Bride odegrany oczywiście na grindową nutę. Fani gatunku standardowo mogą sobie dodać ze dwa punkty do oceny, bo z pewnością znajdą tu więcej mięsa dla siebie.

altTak bywa ostatnimi czasy, że to mi prawie zawsze podrzucane są do recenzji rzeczy z białostockiej Arachnophobii Records. Czy narzekam? Jasne, że nie! Cieszę się jak głupi co dopiero z wojska wyszedł! Nie od dziś wiadomo, że Krzyś wydaje, jeśli nie rzeczy genialne, to po prostu trzymające dobry poziom. Około miesiąca temu, gdzieś na „fejsie” zostały rzucone pierwsze zajawki (najpierw okładka, potem pojedynczy kawałek) nowego odkrycia Wszechpotężnej, nikomu wcześniej nieznanego hordu Mentor. I wiecie co? Jakoś niespecjalnie mnie to ruszyło. Dopiero później, gdy dostałem w łapki całość do odsłuchu jebnęło mną o ścianę pokoju, niczym niczego niespodziewającego się Japończyka zamieszkującego Hiroszimę lub Nagasaki pewnego sierpniowego poranka.

Więcej…

Przyznaję, byłam nieco zdystansowana do nowego materiału Insomnium, kiedy grupa zapowiedziała, że „Winter’s Gate” będzie jedną wielką opowieścią, nie tylko pod względem warstwy lirycznej, ale także i muzycznej. Określenie „album koncepcyjny” nabiera w przypadku nowej płyty mistrzów melodyjnego death metalu jeszcze głębszego znaczenia. Powiem więcej, „koncepcyjny” to w tym przypadku za mało powiedziane. Kiedy rozpakowałam press packa, zdumiałam się nieco. Jedna ścieżka, „jeden utwór” – tak właśnie „wygląda” „Winter’s Gate”. Owszem, słuchając go, poszczególne jego części zaczynają się i kończą (jak poszczególne utwory), jednak są tak ze sobą połączone aby sprawiały wrażenie jednej wielkiej całości. Jeśli dobrze znacie Insomnium, wiecie, że oni potrafią robić takie rzeczy. Ileż to wspaniałych instrumentalnych „przerywników” mamy na poprzednich albumach. I tutaj coś na ten kształt również jest, jednak na tym albumie wszystko jest bardziej jednolite, bardziej do siebie podobne, muzyka płynie i zabiera nas w podróż przez tytułowy winter’s gate.

Więcej…

altKontagion to kapela istniejąca od 2007 roku. Panowie pochodzą z Bydgoszczy, a w zeszłym roku wydali swój drugi długogrający album zatytułowany "[R-!-Ǝ]LENTLESS". Zdecydowali się mi go podesłać na recenzję, a ja niestety, jak się okazało, nie jestem odpowiednią osobą do recenzowania tego typu rzeczy - mówię od razu żeby nie było niejasności. Już po pierwszych minutach na myśl przychodzi mi kapela Fear Factory, której szczerze nienawidzę. Podobnie jest z resztą z tworami w stylu Meshuggah, których echa również na ostatnim albumie Kontagion możemy usłyszeć. Wiem, pewnie te słowa są dla niektórych jak obrażanie papieżaka polaka dla katolików, ale nic na to nie poradzę, że zwyczajnie męczę się słuchając takiej mechanicznej łupanki. Połączenie industrialu z metalem może się obronić, czego przykładem może być tutaj np. Godflesh, ale niestety na recenzowanym wydawnictwie nie znajduję niczego dla siebie. Skoro już przywołałem Godflesh to warto zaznaczyć, że na "[R-!-Ǝ]LENTLESS" znalazł się cover kawałka "Crush My Soul", który potraktować można trochę jako strzał w stopę w wykonaniu Kontagion, bo odróżnia się on nieco od autorskiego materiału kwartetu i wydaje się być bardziej przemyślaną i uporządkowaną kompozycją. W niektórych kawałkach odnosiłem wrażenie, że całej tej elektroniki, połamańców i innego kombinowania jest po prostu za dużo, przez co kompletnie nie potrafiłem się wgryźć w klimat utworu - tworzy się po prostu chaos, którego panowie nie potrafią chyba do końca opanować. Nie mówię, że wszystko na tym albumie jest do dupy i kropka, wałki bronią się najczęściej wtedy kiedy główną rolę zaczyna odgrywać groove a nie industrialne, mechaniczne dźwięki. Na koniec napiszę tylko, że nie jest to po prostu materiał dla mnie i wiedziałem to już od pierwszych minut jego słuchania. Fani wspomnianych przeze mnie wcześniej kapel do oceny mogą dodać sobie spokojnie 2-3 punkty, zdecydowanie znajdą oni tutaj więcej dla siebie niż ja zdołałem znaleźć.

altZ Arma Christi nie miałem chyba jeszcze do czynienia. Projekt istnieje od 2012 roku i na swoim koncie ma trzy mniejsze materiały (demko, split i ep - żeby nie było za nudno). Napisałem projekt, gdyż z tego co udało mi się ustalić to jednoosobowy twór. Tak czy inaczej, minęły cztery lata i dostajemy pełnowymiarowy debiut opatrzony logiem Wydawnictwa Muzycznego Psycho. "Egocentric Oblivion" to nic innego jak połączenie ciężaru, death metalowej nawałnicy z klimatem, budowaniem napięcia i tekstami bardziej przywodzącymi na myśl czarny metal. Mówiąc krótko, dostajemy dobrze zbalansowaną mieszankę death/black metalu trwającą nieco ponad 37 minut. Wspominałem wcześniej o black metalowym klimacie i wydźwięku całego materiału, ale nie nastawiajcie się na nastrojowe i melancholijne dźwięki. Na albumie panuje chaos, nad którym Thorn potrafi jednak doskonale zapanować. Dzieje się sporo, czasem wydawać się może, że nawet za dużo, ale po kilku odsłuchach zdajemy sobie sprawę, że tak na prawdę wszystko ma tutaj swoje uzasadnione miejsce. Debiut Arma Christi nie jest łatwym w odbiorze materiałem, wymaga od słuchacza trochę więcej uwagi. Thorn atakuje czasem nieprzyjemnymi, wwiercającymi się głowę riffami, bezlitosną perkusyjną chłostą by za chwilę przeszyć nas swoim maniakalnym wokalem. Jest to zdecydowanie płyta nie dla każdego, ale jeśli są Ci bliskie opętańcze, pozbawione słodkich melodyjek chłosty powinieneś znaleźć tutaj coś dla siebie.

altZ najnowszymi dokonaniami Traumy niekoniecznie mi po drodze. Na szczęście są tacy ludzie jak Wojtek z Deformeathing Productions, którzy nie pozwalają aby słuch zaginął o zasłużonych dla Polskiej sceny metalowej materiałach. Jednym z nich jest bez wątpienia wydane w 1992 demo "Invisible Reality" wspomnianych wcześniej death metalowych weteranów z Elbląga. To co dostajemy na tym wydawnictwie to nic innego jak w 100% death metalowa uczta. Uczta w starym stylu oczywiście. Proste, kopiące po jajach kawałki, głęboki wyziew i zgruzowane ale nie tracące klarowności brzmienie. Materiał w ogóle się nie zestarzał i spokojnie może stawać w szranki z wieloma dzisiejszymi "wynalazkami", które zalewają scenę. Panowie czerpią garściami od najlepszych, ale dopóki robią to dobrze (a robią) to nie widzę w tym nic złego. Echa Morbid Angel czy Possessed są jak najbardziej słyszalne. Całość zamyka się w nieco ponad dwudziestu minutach i to chyba największa bolączka tego demka - jest po prostu za krótkie. Chciałoby się zdecydowanie więcej takiego grania. Całość opatrzona została bardzo ładnym wydaniem w postaci standardowego jewel boxa w slipcasie. Okładka została elegancko odrestaurowana i na całe szczęście zdecydowano się na oryginalny obrazek sprzed lat, a nie na jakąś cyfrową papkę. W środku bookletu mnóstwo archiwalnych zdjęć i parę słów od Mistera, który stara się przybliżyć jak "Invisible Reality" powstawało. Materiał został dodatkowo poszerzony o nigdy wcześniej niepublikowane nagrania "Promo 1991". Nie będę owijał w bawełnę - garażowe brzmienie trochę odstrasza, zwłaszcza kiedy porównamy je z efektem finalnym, i raczej traktowałbym je jako ciekawostkę. Całościowo materiał jednak na prawdę godny polecenia. Dla kolekcjonerów przygotowana została również wersja limitowana do 100 egzemplarzy - szczegółów szukajcie u wydawcy. A ja na koniec napiszę tylko, że chętnie usłyszałbym nowy album Traumy o całkowicie oldschoolowym charakterze.

altPo świetnym i docenionym przez wiele zinów i webzinów demie "Mutant Inferno" pewnym było to, że Nuclear Holocaust znajdzie bardzo szybko wydawcę. Swoje szpony zaostrzył Karol z Selfmadegod Records i tak oto właśnie, w tym kultowym już labelu, mamy przyjemność oglądać i słuchać debiutanckiego materiału świdnickiego kwartetu. Ci, którym demówka punkowych grindowców przypadła do gustu nie muszą martwić się o zawartość "Overkill Commando". To ta sama energia, ten sam soczysty wpierdol i punkowa werwa z jaką mieliśmy do czynienia na pierwszym ich materiale. Na plus zmieniło się za to brzmienie Nuklearnego Holocaustu. Jest teraz mocniejsze, dosadniejsze i pozwala zadawać zdecydowanie większe obrażenia. Panowie postanowili nie zmieniać bardzo dobrze sprawdzającej się formuły z "Mutant Inferno", i słusznie - bo po co zmieniać coś, co działało znakomicie? Dwadzieścia numerów szybkiego, skondensowanego grania, które po prostu wami pozamiata. Nie ma sensu rozkładać tego materiału na poszczególne utwory. To spójna, bez problemu przyswajalna w całości, grindowa bomba. Debiutancki długograj to po prostu większa dawka tego, za co wiele osób ekipę ze Świdnika doceniło. Pozostaje mieć nadzieję, że siła rażenia tego nuklearnego wybuchu będzie jeszcze większa i kolejne wydawnictwa to tylko kwestia czasu. Czego sobie i państwu życzę.

altCicatrix istnieje na scenie od 1994 roku. Mimo to panowie nie śpieszyli się z wydaniem debiutanckiej płyty. Podobnie ma się sytuacja z następczynią wydanego w 2010 roku "Beloved in Killing". Minęło sześć lat, a puławskie trio serwuje nam kolejną dawkę brutalnego death metalu wymieszanego z grindem w postaci "Suffocated Faith". Na album złożyło się dwanaście kawałków (z czego dwa to covery Dead Infection i Terrorizer), co daje nam łącznie niemal pół godziny bezlitosnego łojenia. To, że długo musieliśmy czekać na ten album nie ma w tym momencie żadnego znaczenia. Wszyscy miłośnicy prosiaczka na wokalu, flaków na ścianie i prostych, mających za zadanie zmiażdżyć słuchacza, riffów powinni być zadowoleni. Na tym albumie nie ma miejsca na sentymentalne ballady, instrumenty smyczkowe czy jazzowe solówki. To ma wgniatać w ziemię, sprawiać, że czujemy się źle, kruszyć nam czaszkę jak za uderzeniami młotka. Moim zdaniem cel został wykonany w 100%. Nie jest to w żaden sposób rewolucyjny album, biorąc jednak pod uwagę, że nieczęsto sięgam po grind, te kilka sesji z tą płytą wspominam jak najbardziej miło. Przy kolejnych odsłuchach najbardziej męczył mnie wokal, który jak to w przypadku "kwi kwi kwi" był dla mnie zbyt monotonny i bardziej mnie momentami irytował niż ciekawił. Chociaż wiadomo - do takiego grania jest po prostu idealny i niejeden maniak grindu dałby się za taki wyziew pokroić. Ciężko mi piać z zachwytu nad "Suffocated Faith", bo nie jest to do końca moja muzyka. Trudno jednak nie docenić po prostu solidnie skomponowanych i zagranych kawałków, które niejednemu fanowi tego gatunku zrobią po prostu dobrze. Ba, nawet mi niektóre riffy również zapadły w pamięć (szczególnie te z "Geriatric Rage" i "Supporters Of The Necrobusiness") co już uważam za duży sukces w kontakcie z tego typu graniem. Nie mogło również zabraknąć typowego dla grindu "przymrużenia oka" w "Be My SS-Man" (‘Allo ‘Allo! zawsze spoko). Grindowym maniakom nie muszę tego albumu rekomendować, reszta może znaleźć w sieci dwa numery, które zapowiadają to wydawnictwo i sama zdecydować.

altKiedy ostatnio słyszeliście jakiś nowy, dobry black metalowy zespół z Niemiec? No właśnie, ja też nie mogę sobie w tym momencie nic takiego przypomnieć. Właśnie z Niemiec, a konkretniej, z Berlina pochodzi wzięty dzisiaj przeze mnie na dywanik Seher. Na recenzowane wydawnictwo składa się demówka oraz debiutancki album grupy. Panowie stawiają raczej na posępny i melancholijny klimat. Brzmieniowo nie mamy tutaj jednak do czynienia z obskurnymi dźwiękami, a wręcz przeciwnie - wszystko jest w miarę selektywne i przejrzyste, co pewnie fanów albumów nagrywanych w lesie lub piwnicy odrzuci z miejsca. I w zasadzie niewiele moim zdaniem stracą. Oba materiały są na podobnym poziomie. Zostały wydane w odstępie bodajże roku, także o jakiś diametralnych zmianach stylu mówić nie można. Wyjątkiem jest brzmienie, które na demówce wypada trochę gorzej. Te siedem kawałków spokojnie mogłoby tworzyć jedną zamkniętą całość. Muzyka prezentowana przez Niemców nie wypada niestety za dobrze. Kawałki są długie, rozwleczone i w wielu momentach nużące. Niektóre kapele potrafią oprzeć swoje utwory na dosłownie kilku riffach i wałkować je przez 12 minut, tworząc w ten sposób naprawdę udane kompozycje, w których ta długość nie męczy a wkręca jeszcze bardziej w klimat płyty. W przypadku Seher również mamy próbę skorzystania z takiego schematu, jednak nie wychodzi to jak trzeba. Riffy raczej usypiają niż skupiają naszą uwagę, a monotonny wokal nie pomaga tej sytuacji zmienić. Za wyjątek może służyć utwór "Mensch", który pomimo tego, iż ma nieco słabsze momenty, wyróżnia się na tle pozostałych i zapada choć trochę w pamięci. Seher to typowa średniawka jakich na blackowej scenie wiele. Tym materiałem powinni zainteresować się tylko najbardziej spragnieni i najmniej wybredni zwolennicy czarnego metalu. Mi na obu materiałach Seher czegoś jednak brakowało i wątpię bym wrócił szybko do tego krążka.

altObawiałem się tego albumu już po spojrzeniu na jego okładkę. Samo logo zespołu krzyczało do mnie - nie włączaj tej płyty! No niestety, wydawca podsyła, słuchać trzeba. Kapela Temtris pochodzi z Australii i działa od 1999 roku. Mając na uwadze to, że zespół teoretycznie powinien rozwijać się z albumu na album, nie chcę nawet myśleć o tym jak brzmiał debiutancki album tej piątki. Wcześniej z zespołem nie miałem "przyjemności" i po odsłuchu "Enter the Asylum" wyjaśniło się dlaczego. Australijczycy próbują grać heavy metal, w trochę bardziej nowoczesny sposób, ocierając się momentami o power metalowe przygrywki. Wychodzi to źle. Kawałki są prostackie, riffy kanciaste, pozbawione jakiejkolwiek mocy. Brzmienie z kolei to typowa cyfrowa papka, trącąca plastikiem i zerową głębię. Nie pomaga również pani na wokalu, która stara się jak może aby trochę te kompozycje urozmaicić, ale za cholerę nie mogłem przekonać się do jej podniosłego stylu. Dodatkowo osoba odpowiedzialna za master tego materiału musiała chyba sobie zrobić wolne podczas nagrywania wokalu, bo wszystkie partie są strasznie przytłumione w porównaniu do reszty. Coś ewidentnie poszło nie tak. Temtris brzmi jak kapela dopiero debiutująca. Wszystko jest tutaj tak przewidywalne, oklepane i męczące, że na prawdę ciężko dotrwać do końca płyty. Zupełnie nie jest to mój rodzaj heavy metalu. Jeśli tak jak ja rzadko sięgacie po płyty z tradycyjnym heavy metalem, a gdy już to robicie wasze uszy skierowane są bardziej w stronę Running Wild niż HammerFall, to odpuśćcie sobie "Enter the Asylum". Jeśli jednak macie w sobie coś z muzycznego masochisty - zapraszam, polecam. Eh, to sobie wybrałem płytę na poniedziałek...

altOtrzymałem jakiś czas temu paczkę z Van Records. Wśród kilku wydawnictw mój wzrok od razu przykuło jedno z nich - najnowszy album holendrów z Heretic. Charakterystyczny Devilock u jednego z muzyków natychmiast skojarzyłem z moimi ulubieńcami z Misfits i po prostu musiałem sprawdzić co też kryje się na płycie "Underdogs of the Underworld". Niestety panowie z legendą horror punka zbyt wiele wspólnego nie mają (może oprócz kawałka "Godless Masters, Savage Bastards", który faktycznie mógłby się na jakimś nowym wydawnictwie amerykanów znaleźć). Nie spodziewajcie się szaleńczego tempa i krótkich konkretnych strzałów. Heretic się nie śpieszy - gra głównie utrzymanego w średnich tempach black'n'rolla ku czci Venom czy Motorhead. Jest więc bardzo klasycznie, bez wychylania się za określone ramy gatunku, z lekkimi punkowymi naleciałościami. Zespół określa siebie jako "Black Metal Punks", ale jak dla mnie to wszystko brzmi zbyt sterylnie i zachowawczo. Kawałki mają co prawda swój urok, nie męczą ucha, ale też nie zostają w głowie. Lekko horrorowy, grobowy klimat czasem jest całkiem nieźle wyczuwalny, ale dłuższą metę brakuje tej płycie mocy i bardziej chwytliwych momentów. "Underdogs of the Underworld" nie wymaga od słuchacza praktycznie niczego. To jeden z tych albumów, które spokojnie możemy włączyć sobie w tle i nie przywiązując zbytniej uwagi będzie sobie plumkał dając trochę radochy, a przy tym nie będziemy zawracali sobie głowy, że może nam umknąć jakiś wybitny moment, bo takich tu po prostu nie znajdziecie. Pomijając ten krążek niczego nie stracicie, a jeśli chcecie zainteresować się Heretic tak czy inaczej to sięgnijcie po starsze wydawnictwa, bo w swojej 20-letniej karierze zdarzały się temu kwartetowi dużo lepsze wynurzenia.

altO takim tworze jak Eteritus zdążyłem od premiery ich demka zapomnieć. Przesłuchałem, przyjąłem do wiadomości, że istnieją, ale potem zniknęli mi na dłuższy czas z pola widzenia. Powracająca po dwóch latach załoga z Torunia przypomniała jednak o sobie w wyśmienitym stylu. "Following the Ancient Path" to debiut, którego życzyłaby sobie chyba każda kapela. Ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś lubujący się w szwedzkim death metalu nie doceni tych dziewięciu kawałków, mieszczących się w nieco ponad dwóch kwadransach. Eteritus nie zachwyca świeżością i innowacyjnym podejściem do tematu. Nie wykracza również poza ramy szwedzkiego stylu, do którego przez lata tak na prawdę nie wniesiono zbyt dużo. Trzyma się ich wręcz kurczowo, ale właśnie w tym tkwi cała siła tego materiału. Kawałki na tym albumie to na prawdę solidna dawka gruzu, ze świetnie wykręconym brzmieniem, do którego fanatycy Entombed czy Dismember przekonają się już od pierwszych sekund. Panowie wyciskają ze szwedzkiego śmierć metalu wszystko co najlepsze dając nam w 100% old schoolowy i dopracowany krążek. Słuchając "Following the Ancient Path" szczególnie przypadł mi do gustu wokal, który zalatuje Petrovem na kilometr. Wiem, banalne porównanie, ale posłuchajcie sami - "Left Hand Path" worship aż miło. Na prawdę nie ma sensu silić się na wyszukane porównania i górnolotne epitety. Jaki jest szwedzki death metal każdy słyszy, słyszą to też muzycy Eteritus i oddają hołd temu gatunkowi w sposób podręcznikowy. Jeśli wciąż mało wam takiego grania, możecie łapać za ten debiut bez żadnych obaw.

altCzeskiego Krabathora chyba nikomu przedstawiać nie muszę. Nasi południowi sąsiedzi mają tutaj sporą rzeszę fanów, a w pewnych kręgach uchodzą wręcz do miana kapeli kultowej. I choć od 2003 roku w obozie zespołu poza albumami kompilacyjnymi niewiele się dzieje Mad Lion Records postanowiło przypomnieć o tej kapeli wydając reedycję wydanej w 1998 roku płyty "Orthodox", która przez wielu uznawana jest za najlepsze dzieło tej kapeli. Materiał wzbogacony został o kawałki z mcd "Mortal Memories“, a szata graficzna powstała całkowicie od zera. Album nawet teraz robi spore wrażenie. To kawał klasycznego, brutalnego death metalu z miażdżącym brzmieniem i świetnym "groovem". Panowie doskonale radzą sobie zarówno z szybkim, bezlitosnym nakurwem jak i wolniejszymi, grobowymi wyziewami. Ciężko powiedzieć czy te kawałki zostaną z wami na dłużej czy po prostu potraktujecie ten album jako kolejne niezłe death metalowe wydawnictwo, o którym po czasie zapomnicie, ale jedno trzeba przyznać - panowie znają się na rzeczy i umio w death metal bardzo dobrze. Dziwnie ocenia się na nowo album, który miałem osłuchany dość dobrze już wcześniej. Mi zawartość "Orthodox" jak najbardziej siedzi. Być może wynika to z tego, że namiętnie katowałem ostatnio dyskografię Gorefest? Bo Krabathor to dla mnie właśnie taki bardziej wkurwiony, brutalniejszy, ocierający się momentami delikatnie o grindowe rozwiązania Gorefest. Nie spodziewajcie się po tym materiale rewolucyjnych rozwiązań. Nie wywróci on waszego podejścia do death metalu do góry nogami, ale mogę zagwarantować, że nie stracicie również przy nim czasu. To po prostu sprawnie zagrana młócka opierająca się na znanych już patentach. Jeśli ktoś, jakimś cudem, jeszcze o Krabathor nie słyszał to koniecznie musi nadrobić tę lekcję. Lepszej okazji nie będzie. Dostępna jest także wersja winylowa, także dla każdego coś miłego. Reedycja standardowo pozostaje bez oceny punktowej.

altCatharsis to pochodząca z Tychów kapela, którą nieco starsi słuchacze mogą kojarzyć za sprawą wydanego w 1995 roku albumu "Bitter Disdain". Potem była spora przerwa, aż do 2010 roku kiedy zespół postanowił reaktywować się jako trio. Obiektem tej recenzji jest drugi długograj wydany dwa lata temu. Na "Rhyming Life and Death" składa się siedem kawałków dających nieco ponad dwa kwadranse technicznego detah metalu. Nie spodziewajcie się jednak mocno pokręconych połamańców. Mamy tutaj raczej do czynienia z technicznością i progresywnością podaną w bardziej przystępny sposób. Zaraz po intrze, które może was nieco zmylić, szydło wychodzi z worka i słyszymy wyraźne echa Death czy Atheist. Problem w tym, że słuchając Catharsis non stop miałem wrażenie, że słucham nieco bardziej cukierkowej wersji wspomnianych wcześniej kapel. Wszystko, łącznie z nieco plastikowym brzmienie, jest dopieszczone aż do bólu. Zdaję sobie sprawę, że zamysłem zespołu nie było stworzenie grobowego, obleśnego death metalu, ale mimo wszystko ta sterylność jakoś do mnie nie przemawia. Płyta jest spójna, umiejętności muzykom również odmówić nie można, jest też dość krótka więc bez problemu można ją wchłonąć na raz nie ziewając, ale brakowało mi na niej jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś co sprawiłoby, że zostanę z tym albumem na dłużej. Na płycie jest kilka dobrych momentów, jednak za każdym razem kiedy takowy się pojawia coś zaraz musi się popsuć. Albo wjedzie jakaś niepasująca do całości, słodka melodia, albo pojawi się riff w stylu "Dream Theater na dopałce", który zaburzy mi odbiór całości. Wielokrotnie słuchając tego krążka miałem wrażenie, że tworzy się miszmasz, z którego niewiele wynika i zostaje w głowie. Patrząc na zawartość tej płyty nie dziwi mnie dlaczego dotarłem do niej tak późno, bo aż dwa lata po premierze. To po prostu nie mój rodzaj death metalu, choć jestem pewien, że znajdzie się wielu zwolenników "Rhyming Life and Death".

Współpracujemy/Patronujemy



Limiter © 2010. Kopiowanie treści bez zgody autorów zabronione.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information