Black metal można podzielić generalnie na ten obskurny, brzydki i zły czyli spuściznę Darkthrone, pajacujący i patetyczny jak u Dimmu Borgir, oraz jak sami twórcy to określają- awangardowy a ten jest pełen smaczków, literackich odniesień, niekonwencjonalnych zabiegów muzycznych.
I taką czerń lubię najbardziej. Blaze Of Perdition to ta sama liga co Non Opus Dei, Blut Aus Nord czy Marduk z okresu „Rom 5:12”. Siarka zmieszana z inteligentnym podejściem i odpowiednim wykorzystaniem instrumentów zawsze była dla mnie atrakcyjna. I tak jest tym razem. Album rzecz jasna nie dla każdego bo prostych dźwięków tu nie uświadczymy o czym już powinna informować okładka. Nietypowość tego krążka tkwi raz w zaskakująco ułożonych i ładnych jak na ten gatunek melodiach w tle a innym razem zaskakują wstawki- chóry, deklamacje, zwolnienia, pojawia się też wygrywająca pod koniec piątego opusu ładną melodię gitara akustyczna. Oczywiście bazą jest plujący jadem black ze skrzeczącym jak należy wokalem i terkoczącą perkusją. Riffy jednak są bardzo uroczyste i podniosłe, dalekie są od banału. Jest to muzyka zła ale pociągająco zła, pełna rozmachu, lamentu, w którą wsiąka się warstwami. Warto zajrzeć na stronę internetową zespołu by przekonać się jak plugawa acz wyrafinowana to bestia. A najlepiej udać się na koncert, obecnie zespół śmiga u boku jadowitych panów z Iperyt. Znakomity niekonwencjonalny zespół z naszego pięknego kraju. Polecam otwartym na brutalnie finezyjne doznania.
| « poprzednia | następna » |
|---|






















