Jeśli komuś ta nazwa jest obca znaczy to tylko jedno- nigdy nie oglądał „Reqiuem dla snu”. To oni sprawili, że ten film ma w sobie tą niesamowitą moc. Niestety to co było dla mnie genialne w małych ilościach tu jest nie do przetrawienia. Cztery kompozycje w których motywy skrzypcowe powtarzają się do znudzenia. Prawie 40 minutowa kompozycja gigant na finał, która zamiast zaciekawić nudzi.

 

Dla mnie to droga przez mękę. Tak wiem, że panowie chcieli się zmierzyć z Schubertem, że wzięli się za kompozycje „unfinished”.  Sądzę jednak, że tylko zagorzali fani będą w stanie wytrzymać taki natłok skrzypiec i monotonii. Wszystko co najlepsze stworzyli do soundtracków Aronofskyego („Pi” „Reqiuem dla snu” „Źródło”). I z tymi płytami powinni zapoznać się melomani. Ten album jednak to raczej pomysł- niewypał. Przyznam, że nie potrafiłem go przebrnąć do końca choć bardzo chciałem. Może jestem niewrażliwy, może metal przeżarł mi uszy i stałem się prymitywem ale ja wysiadam. Idę posłuchać Vangelisa. Albo jeszcze lepiej... Jelonka

 

Koncerty Prasa