Roadrunner / groove metal 

Choć za nami dopiero styczeń to już mogę śmiało powiedzieć, że właśnie objawił się mój pierwszy kandydat w wyścigu po tytuł płyty roku. Lamb of God ze swoim Resolution podnosi poprzeczkę na naprawdę wysoki poziom i choć w nadchodzących miesiącach ma pojawić się kilka albumów świetnych kapel, to przeskoczyć poziom Amerykanów będzie niezmiernie ciężko.
Ekipa z Richmond od czasu Ashes of the Wake nie wydała słabej płyty. Tym razem jest tak samo. A może nawet jeszcze trochę lepiej. Na Resolution nadal otrzymujemy doskonale znane Lamb of God. Nie ma mowy o żadnych, modnych ostatnio, eksperymentach. Od pierwszych dźwięków, a dokładniej pierwszego wrzasku w Straight for the sun każdy fan rozpozna charakterystyczny styl grupy. Pierwszy numer trzeba moim zdaniem potraktować jednak, jako rozbudowane intro. Zespół dopiero się tam rozpędza, co podkreśla ciężki, monumentalny riff. Prawdziwa jazda rozpoczyna się dopiero wraz z Desolution. Tempo jest już zdecydowanie szybsze, a riff świdrująco wbija się do głowy. Ciężko inaczej oddać to, co można usłyszeć na płycie niż pisząc krótko: groove metal w najlepszym wydaniu. Na pierwszy plan wybijają się mocno przesterowane gitary, które ani na chwilę nie pozwalają o sobie zapomnieć. Słuchając Resolution miałem wrażenie, że wszystkie kawałki tworzą idealnie spójną całość. Wszystkie kompozycje są bardzo jednolite, ale w żadnym wypadku nie można mówić o monotonii. Co chwila pojawiają się smaczki, które decydują o charakterze płyty. W jednym miejscu będzie to interesujący riff, w innym świetne przejście perkusji, a w jeszcze następnym melodyjny refren (chociażby w The number six). Na płycie nie zabrakło też stosowanych przez zespół już wcześniej spokojnych przerywników. Takie elementy pojawiają się chociażby na początku znanego z singla Ghost Walking oraz w Barbarossa. Cała płyta trzyma bardzo jednolity poziom, jednak według mnie najlepsze nadchodzi dopiero na koniec. Zdecydowanym numerem jeden jest dla mnie Insurrection- refren to zabójczy miks szalonej perkusji i niesamowitego wrzasku wokalisty. Następne kawałki stanowią świetną kontynuację. W Terminally unique doskonale prezentuje się wpleciona w miażdżącą całość melodyjna zagrywka. To the end to z kolei po prostu wpadający w ucho kawałek, chyba najbardziej przebojowy na płycie. Zamykający album King me przynosi natomiast trochę odmiany. Nie brakuje w nim oczywiście ciężkiego grania, ale obok tego pojawia się miejsce dla podniosłych smyczków. O dziwo takie połączenie wypada naprawdę przekonująco.
Ciężko w kilku zdaniach oddać to, co dzieje się podczas niespełna godziny trwania Resolution. Na płytę składa się wiele doskonałych elementów, które razem tworzą jeszcze lepszą całość. Dodając do tego doskonałe brzmienie otrzymujemy produkt najwyższej klasy, który bez wątpienia zasługuje na najwyższą możliwą ocenę.
| « poprzednia | następna » |
|---|





























