
Kiedy obok terminu „metal” padają słowa „folk”, „pagan” lub „wiking” trudno się nie uśmiechnąć. Wesołkowate zagrzewające do „batlle” hymny takich kapel jak Amon Amarth, Fintroll, Tusisas od lat czerpią od gigantów kicz metalu- Manowar. Wiadomo, że te podgatunki poweru mają swoją wierną grupę fanów i nawet jeśli ni cholery nie da się rozgryźć zagadki dlaczego tych kapel jest więcej niż ludzi na ostatnim Woodstocku to przy piwku zawsze można sobie baniakiem pokiwać w rytm choćby właśnie takiego Heidevolk.
Nie gryzą po uszach, nie usypiają po pierwszym numerze minio, że tłuką to samo i śpiewają w języku którego ni w ząb nie rozumiem (przyznam, że język ten bardzo przyjemnie brzmi) ale domyślam się, że chodzi o różnego rodzaju holenderskie legendy które przekazywali sobie tamtejsi bardowie. No i oczywiście o bitwy jakie miały wtedy miejsce. No i Walhalla gdzieś majaczy na horyzoncie. Zachowawczo panowie łupią ale wstydu swojemu podwórku nie przynoszą, no i wokal jest fajny, śpiewny choć dość jednostajny. Najwięcej do powiedzenia ma tu stanowczo perkusja na której rytmice opierają się głównie kompozycje jako, że riffierka jest standardowa to choć sekcję pana od kotłów można pochwalić. Standardowo będę się tu przewijać różnorakie flety i skrzypce, znak rozpoznawczy tego typu kapel. Brzmienie jest czyściutkie wszystkie instrumenty słychać wyraźnie i zgrywają się jak trzeba. Nie powinienem się czepiać bo gniewu Odyna się boję. Fani będą szaleć i nigdy nie będą mieć dość takich dźwięków. A polskiej duszyczce też się będzie podobać bo to takie „starobaśniowe” granie. I tupiąc nóżką w rytm utworów z „Batavi” (takich jak uwaga uwaga będzie dużo dziwnych słów „Als De Dood Weer Naar Ons Lacht”) mogę spokojnie wystawić ocenę za którą, żadne wyrozumiałe pogańskie bóstwo nie powinno mnie ukarać.
| « poprzednia | następna » |
|---|





























