Iron Fire to godny przedstawiciel gatunku i wiochy nie sieje (zakładamy że power metal sam w sobie nie jest wiochą rzecz jasna). Starają się chłopaki urozmaicać swoją muzę, jest przebojowo, z przytupem i takim „bodomowskim” klawiszkiem. Rzecz jasna wszyscy „trve” i „kvlt” tego typu kapele będą omijać szerokim łukiem, bo to w sumie są rockowe hiciory tylko że opakowane szybsze tempa. Taki „Leviathan” to wypisz wymaluj kandydat na hiciora ale po co promować metalowe kapele skoro można pokazać w TV niedorozwiniętego chłopca (?) piszącego „bejbe bejbe”.
Iron Fire nie zadowalają się prostą strukturą piosenkową lubią jak kawałek trwa sobie i pięć minut ale wtedy to obowiązkowa solóweczka jest. Oczywiście obok takich galopadowych kawałków jak „Taken” musi się pojawić też ballada („The Final Odyssey”) a centralnym punktem albumu jest stanowczo tytułowy dziesięciominutowy utwór. Tutaj grają najbardziej patetycznie jak tylko mogą, wszędzie bucha, wokalista szarpie się między wyciem, śpiewem a w niektórych momentach growlem, w końcówce przygrywa nam flet... Uch zmęczyć się tym lekko można. Ale ogólnie grają spoko choć fanów poweru pewnie niczym nowym nie zaskoczą bo to dość hermetyczna szufladka. Podoba mi się klawiszowe tło w „Dreams of the Dead Moon” (mają pomysły na tytuły, trzeba przyznać). Z tą rycerskością jest jeden zasadniczy problem- każda księżniczka w zbyt dużej ilości się nim znudzi. I to jest zasadniczy problem „Voyagera”, tłuką i tłuką a końca nie widać. Za to, że momentami wieje nudą daję ocenę taką jaką widzicie w gwiazdach. Zdolni muzycy, niegłupie piosenki tylko za dużo tego wszystkiego. Power metal dla niewybrednych.
| « poprzednia | następna » |
|---|





























