Rzut oka na okładkę albumu Węgrów z Concrete nie pozostawia złudzeń co do gatunku, jaki grają. Dodatkowo zespołowy myspace utwierdził mnie w pewności – 5 chłopaków z Budapesztu pruje klasyczny do bólu thrash. Słychać, że cały zespół głęboko siedzi w tej estetyce.
I jest to, niestety, ich przekleństwem. Wszystko, co miało powstać w tej estetyce, powstało już. Concrete nie łapie się niestety do II ani III ligi thrashu. Istnieje wiele ciekawszych, młodych kapel. Można by wspomnieć chociażby Violator, czy Municipal Waste. Album Revelations of Perdition otwiera kawałek tytułowy. Motoryczny riff napędza cały numer, perkusista okłada zestaw w sposób, który od razu zdradza, jakiej muzyki jest fanem (perkusista, nie sposób). Brzmi nieźle, choć z nóg nie powala. Czekałem z niepokojem na wokal, który w wielu zespołach przekreśla z miejsca całą kapelę. Okazuje się, że w Concrete wokal broni się. Gardłowy, niejaki Stoffi, wygar z twarzy ma i potrafi go dobrze spożytkować. Momentami brzmiący jak starszy Kreator, czasem jak Exodus z trwającej ery Roba Dukesa. Jest, kurczę, nieźle.
Kolejnym numerem jest kompozycja zatytułowana Cockroach. I tu pojawia się pewien problem. Gdyby nie fakt, że w momencie przesłuchiwania albumu nie zajmowałem się niczym innym, nie zorientowałbym się, że leci inny wałek. W tym momencie zapaliło mi się ostrzegawcze światełko w głowie. Riff jakby inny, ale żadnej różnicy w odbiorze nie ma. I tak niestety przez większość albumu. Perkusista brzmi, jakby został wpuszczony do studia i przez pół godziny grał jeden podkład, który następnie pocięto na poszczególne kawałki. Wokalista zdaje się śpiewać ten sam tekst, co poprzednio.
Pewnym smaczkiem jest interesujące basowe intro w siódmym w stawce Cover the Stigmas. Dla mnie był to w ogóle debiut basu na tym albumie. Wszystkie wiosła zostały nagrane, zapewne w celu redukcji kosztów, w domu. I to słychać w najgęstszych momentach na płycie. Gitary trzeszczą, są niezbyt klarowne i zlewają się ze sobą, basu natomiast nie słychać w ogóle. W przypadku pełnoprawnego longplaya wypadałoby się szarpnąć na jakąś sesję… W pewnym momencie wydawało mi się, że słyszałem próbę zgrania harmonii gitarowych. Niestety jakoś nagranych gitar kastruje brzmienie z wszelkich urozmaicających brzmienie zabiegów, co powoduje, że poszczególne numery lecą jak gdyby obok, zlewając się w całość. Wokal już od dawna mi się w tym momencie nie podobał irytując swoją jednostajnością. Na plus zaskakuje końcówka Garden of Spiders, zwieńczonego kilkusekundowym quasi-solowym akcentem gitarowym.
Podsumowując: świata chłopaki nie zwojują, statusu kultowej kapeli nie zdobędą. W małych dawkach Concrete brzmi całkiem fajnie, warto sobie wpleść kilka utworów np. na składaka do samochodu. Wystrzegać się umieszczania ich jeden po drugim, może to spowodować przemożną chęć zamiany automobilu na rower, czy wrotki. Mam nadzieję, że przy okazji nagrywania kolejnego albumu panowie postanowią urozmaicić trochę muzykę i zainwestują więcej pieniędzy w brzmienie, czego im życzę.
| « poprzednia | następna » |
|---|





























