
W moje ręce trafił album pochodzącej z Sulechowa grupy Mystic Mind, zatytułowany Braterstwo. Rzut oka na okładkę, przynoszącą skojarzenia z PRL-owskimi plakatami nawołującymi do wspólnego budowania lepszego, socjalistycznego jutra. Mnie osobiście nie powaliła. Ale to nie okładkę mam zrecenzować, tylko muzykę.
Mystic Mind gra brudny, który ciężko zakwalifikować do jakiegoś konkretnego gatunku. Słychać tu sporo thrashowych patentów, momentami z głośników wylewa się brud (zwłaszcza w brzmieniu gitar), przywodzący na myśl skojarzenia z napakowanym sterydami hard corem, czy z naszym rodzimym Illusion. Nie powiem, skojarzenia niczego sobie. Numerem otwierającym płytem jest Blask. W całości zaśpiewany (zagrany?) po polsku, co jest całkiem fajną odmianą, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że niewiele jest metalowych zespołów, których krzykacze operują mową ojczystą. Właściwie na straży polskich tekstów stoją już tylko weterani, żeby wspomnieć Romana K., czy Macieja Januszkę z Mech-a. Z takim pomysłem na wokal wiąże się jedno ryzyko. Zrządzeniem losu nawet najgłupsza kwestia brzmi lepiej zaśpiewana po angielsku, niż po polsku (o czeskim nawet nie wspominam). W przypadku Mystic Mind nie jest najgorzej z zawartością tekstową. Teksty wydają mi się czasem zbyt napompowane, zbędnie podniosłe. Ale nie jest to maniera na tyle rażąca, aby wyciszać wokale.
Słowa uznania należą się gitarzyście, Orzeuowi (Oruowi..? Chłopie!), który pod chropowatry wokal daje dobry wygar z pieca, jest to zresztą zaletą wszystkich instrumentalistów - mięso i tłuste brzmienie, sprawiające, że materiał nie brzmi, jak pobzykiwania apatycznego komara. Mocarne brzmienie fajnie kontrastuje z ułamkami ciszy w kawałku tytułowym. Gitara i rytmika są rwane w połowie riffu. Ledwie zauważalnie, ale dostatecznie, żeby ten fakt odnotować.
Słowa uznania należą się intrumentalistom za odwagę. Zespół, operując jedną gitarą i jednym basem, nie bał się zaaranżować solówek. Nie jestem fanatykiem takiej konfiguracji (Pantera poza kategoriami, jakby ktoś pytał), ale w przypadku Mystic M. musowe momenty ciszy, które często wywołują wrażenie niezagospodarowanej przestrzeni, nie przeszkadzają tak bardzo. Bardzo pomysłowo w takim przypadku ową przestrzeń wypełniają bębny. Perkusista Mystic, to słychać, ma sporo pomysłów na granie i nie ogranicza się do tradycyjnego "umpa umpa - blacha - umpa umpa - przejście". I to odpłaca się potem w takich momentach, jak solówki. W niektórych przypadkach panowie "oszukują" i nagrane są dwie ścieżki gitary, jedna grająca podkład pod solo. Ale nawet sam Dime czasem stosował ten patent, więc myślę, że mogę to wybaczyć.
W Wirtualnym Człowieku pojawiają się chórki w refrenie. Nie wiem, czy zespół jest zadowolony z efektu pracy w studiu. Jeśli tak, sugerowałbym jednak rozważenie kwestii po raz kolejny, wokal wspomagający brzmi bowiem trochę wymuszenie, brakuje spójności, która w tego typu muzycy sprawia, że frazy śpiewane wspólnie, nabierają siły.
Kolejny kawałek, Słowo, ma do zaoferowania fajny, "odbijany" riff i ciekawie przerywaną strukturę. Riffing na całym albumie nie jest może mistrzostwem świata i wspomniany już Orzeu nie dostanie raczej tytułu Mistrza Innowacyjności, ale odwala swoją robotę prawidłowo i pasuje do całości.
Podsumowując: Mystic Mind jest pozycją godną polecenia słuchaczowi, odróżnia się brzmieniowo i stylistycznie od zalewu jednobrzmiących kapel metalowych, które wyrastają w naszym (nie)cudnym kraju, jak grzyby po bombardowaniach głowicami nuklearnymi. Podczas przyswajania albumu nie ziewnąłem ani razu, w przeciwieństwie do wokalisty nie zajmowałem się wspominaniem każdej blizny, jak to ten czyni w rzeczy o nazwie Wojna (znowu powiało Lipą), a materiał przyswoiłem przytupując nóżką, co jest dla mnie jednym z najważniejszych wyznaczników odnośnie kwestii "lubię, czy nie lubię". 10 kompozycji składających się na Braterstwo jest z pewnością pozycją godną polecenia i wypada chłopakom tylko życzyć powodzenia.
ocena 4/5
| « poprzednia | następna » |
|---|





























