
![]()
Niedawno miałem całkiem przyjemne starcie z Heidevolk teraz natomiast przyszło mi tupać girą przy Eluveitie. I przyznam, że słucha się ich nowego materiału świetnie. Po krótkim prologu rusza z kopyta utwór tytułowy a przygrywają różniaste mandoliny, flety przy czym wszystko to podlane sosem melodyjnego deathu w duchu baaaardzo wczesnego In Flames. Wiadomo, że fani kapeli wezmą album w ciemno i będą zachwyceni, moim zadaniem jest więc rozjaśnić umysły tych którzy albo nie kumają takiej estetyki albo spotykają się z nią pierwszy raz.
Zacznę od tego, że mamy do czynienia z albumem w którym będzie przodować tematyka celtycka, pogańska a teksty bywają śpiewane (uwaga!) w języku galijskim. Kto uważa, że wszelakie instrumenty ludowe są w metalu niedopuszczalne może sobie z góry płytę odpuścić. Fani progmetalu natomiast który zasłuchiwali się „The Human Equation” Ayreona nie powinni być rozczarowani dźwiękami jakie usłyszą. Także nasi współcześni „wikingowie” zasłuchujący się w Amon Amarth, Primordial czy Korpiklaani jeśli nie znają kapeli (w co wątpię) powinni się z kapelą zapoznać.
Różnorodność klimatów jakimi posługują się muzycy obrazują sąsiadujące ze sobą „Scorched Earth” i "Meet The Enemy”. Pierwszy, spokojny, dostojnie wyśpiewany, mógłby powstać w czasach o których śpiewają, drugi natomiast to wywrzeszczany kopniak po tyłku. Nieważne jednak czy mamy do czynienia z krainą łagodności czy prującym przed siebie killerem zawsze w tle pojawiają się jakieś skrzypeczki czy inne fleciki. Może to w pewnym momencie po prostu zmęczyć bo niektóre fragmenty z „przeszkadzajkami” wydają się być od czapy.
Ale te folkowe zapędy nie przeszkadzają aż tak bardzo gdy pojawia się taki „A Rose For Epona” fantastycznie wyśpiewany przez Annę Murphy hit i najbardziej przykuwający uwagę utwór w zestawie. Nie dziwię się, że został wytypowany na singiel bo ma potencjał komercyjny acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co ciekawe utwory zbudowane z samych „medivalowych” instrumentów bronią się lepiej niż w towarzystwie metalowego łomotu („Hope”). Fajnie kopie „The Siege” najbardziej chyba agresywny z niemal blackowym skrzekiem w którym znowu pojawia się Anna i szkoda, że tak mało jest numerów z jej udziałem (pojawia się też w „Alesia”i znowu nadaje utworowi innego wymiaru).
Album zamyka (nomen omen) „Epilogue”, i słuchając go można sobie podsumować doznania z tego z czym obcowaliśmy, a album jest naprawdę porządny i wstydu metalowemu podwórku nie przynosi (zakładając, że nie jesteśmy jakimiś ortodoksami). Gwarantuję dobrą zabawę, sporą dawkę emocji i chwytliwych melodii. Kolejny mocny album z katalogu Nucelar Blast w zasięgu waszych uszu. Polecam.
| « poprzednia | następna » |
|---|





























