W poniedziałek 23 stycznia w lubelskim Graffiti miał miejsce koncert w ramach trasy Phoenix Rising Tour 2012. Występy tego wieczoru dali Deus Mortem, Morowe, Blindead i Behemoth.
Co się rzuciło od razu po wejściu do klubu to ludzie – DUŻO ludzi. W zasadzie tylko trasy Behemotha i Vadera ściągają do Graffiti takie tłumy. Ciężko było przemieszczać się w części barowej i koncertowej klubu. Większość ludzi nawet nie ruszała się podczas przerw między występami z sali koncertowej.
Druga sprawa – barierki. Uświadczyć ich w Graffiti można bardzo rzadko, w zasadzie tylko podczas koncertów Behemotha, który wzbogaca swoje występy środkami pirotechnicznymi i ze względów bezpieczeństwa musiały się one pojawić. Skutkiem tego była 1,5 metrowa odległość jaka dzieliła fanów od grających zespołów. No i jeszcze jedna kwestia, o której można wspomnieć na wstępie, to sklepiki – dwa – jeden Witching Hour Productions, a drugi Behemotha. Ilość merchu jaki oferowały oba stoiska, była naprawdę spora – wrażenie robiła ilość i różnorodność odzieży sygnowanej logiem Behemotha, czy chociażby liczba płyt ze stanowiska WHP. Myślę, że każdy kto zabrał ze sobą więcej dodatkowych funduszy z przeznaczeniem na koncertowy stuff, mógł spokojnie coś dla siebie wybrać.
KONCERT! Ten rozpoczął się zgodnie z planem, a z opowieści niektórych nawet kilka minut przed czasem. Do klubu dotarłem 5 min. po planowanym rozpoczęciu, także na scenie był już Deus Mortem. Panowie dali króciutki występ, bo raptem ok. 20 minutowy. Sam doświadczyłem 3 utworów, a ponoć był jeszcze jeden. W każdym razie na pewno było Ceremony Of Reversion, It Starts To Breathe Inside czy końcowy Chaos Reigns Over Megiddo nieistniejącego już Thunderbolt. Co można powiedzieć o samym występie? – Przyzwoity, i w moim własnym odczuciu nieco lepszy niż ten, jaki można było zobaczeć w zeszłym roku w ramach trasy Blasphemers' Campaign. Cały występ był poza tym okraszony ogromną ilością wypuszczanego dymu, co tylko potęgowało wrażenia towarzyszące wpatrywaniu się w grający zespół.
Dokładnie dwadzieścia minut po Deus Mortem na scenie zaczęło grać Morowe. Twór dość oryginalny, i to nie tylko ze względu na prezentowany sceniczny image, ale też z powodu liczby osób wchodzących w koncertowy skład kapeli, których w sumie było 7, w tym trzech wokalistów. Wszyscy panowie poza perkusistą odziani w dresowe czarne bluzy i mający na twarzach białe teatralne maski, dali bardzo dobry wstęp, co jest nie tylko moją opinią, bo podobne można było usłyszeć również wśród innych uczestników koncertu. Morowe uraczyło wszystkich zgromadzonych na sali 6 kawałkami głównie z ostatniej płyty. Zaczęło się przewrotnie, od Zakończenia, następnie poleciała Komenda, Dziurawy Świat, Czas Trwanie Zatrzymać, Wężowa Korona, a na sam koniec Tylko Piekło, Labirynty I Diabły, podczas którego niemrawa do tej pory lubelska publika po raz pierwszy zakręciła młynem.
Kwadrans po 20 swoje granie rozpoczął Blindead. Koncert ten potraktowałem jako ciekawostkę, bowiem nie za bardzo interesuje mnie twórczość owego zespołu - stylistycznie jest to coś innego niż reszta grup jakie można było usłyszeć tego wieczoru. Co jednak warto podkreślić, to klimat jaki panował podczas tego występu. Nie tylko budowany przez samą muzykę czy brak gry świateł na scenie, ale również przez to co było widoczne na wielkiej białej płachcie za muzykami, na której były wyświetlane przez cały czas różne projekcje, których treść niejako nawiązywała do tego o czym Blindead opowiada w swoich ostatnich utworach. Co do samych utworów, to mogę jedynie zdać się na znajomego, lepiej orientującego się w twórczości pomorskiej kapeli i napisać, że odegrana została cała ostatnia płyta Affliction XXIX II MXMVI. Po reakcji publiczności na sam koniec można stwierdzić, że 40 minutowe widowisko mocno się spodobało.
No i główny punkt programu – BEHEMOTH. Wszystko zaczęło się o 21.30, od wyświetlenia na wspomnianej wcześniej białej płachcie teledysku do utworu Lucifer. Pomysł dla mnie trochę chybiony, bo nie dość, że sam kawałek można było usłyszeć na sam koniec setu, to jeszcze, jak wiadomo, nie należy on do najkrótszych, przez co oczekiwanie na zespół przedłużyło się o dodatkowe 10 minut. Po tym czasie Behemoth zaczął swoje przedstawienie, i chyba będzie to dobre określenie tego co działo się na scenie i przed nią. Był ogień, dym, rozbudowana scenografia i czarne konfetti na koniec koncertu. Do setlisty w porównaniu do tego co było grane na ostatniej trasie Pomorzan po Polsce - Nowej Ewangelii, weszło 5 nowych kawałków. Był ukłon w kierunku starszych fanów, w postaci Moonspell Rites, szybkie i mocne Heru Ra Ha (Let There Be Might), The Thousand Plagues I Witness poprzedzone Diablerią, The Seed Ov I oraz 23 (The Youth Manifesto). Oprócz tego 10 innych numerów, w tym takie szlagiery jak Demigod, Antichristian Phenomenon, Conquer All, Decade of Therion czy Chant for Eschaton 2000. Sam występ oceniam bardzo dobrze, nie są co prawda to takie wrażenia jak po moim pierwszym koncercie Behemotha 2,5 roku temu, ale jak najbardziej pozytywne. Było niesamowicie gorąco, nie tylko za sprawą buchającego podczas wybranych utworów ognia, ale też dzięki publice, która zgotowała pod sceną małe piekło.
Pod spodem garść fotek z koncertów. Niestety tego wieczoru były nad wyraz ciężkie warunki do fotografowania - wspomniane na początku relacji barierki i dzikie tłumy przy nich, skutecznie uniemożliwiały zrobienie co najmniej dobrych zdjęć.
| « poprzednia | następna » |
|---|










































